¦ W I A T w e d ³ u g G R A C Z A - 'CLUB COLOMBIA 11'
to moze ciag dalszy wspomnien z Choco...

wybudzilo mnie walenie do okna (znaczy sie okiennicy, bo tam nie bylo okien) o 4:30;
ciemno, proba zlokalizowania, gdzie to ja jestem tym razem... aaa juz wiem...
szybkie doprowadzenie do uzywalnosci siebie samego, lodzi i juz jestesmy na Atrato wspinajac sie pod prad wyprzedzajac tych, co maja tylko wiosla i szukamy kolejnej dorgi wodnej...
jest... waski, moze trzymetrowy kanal, ledwie zauwazalny tuz przed switem, nawet dla tych co dobrze znaja rzeke;
dla naszej lodzi (jakies 8m) to niemaly problem wymanewrowac w tych zakretach, przy tak szybkim pradzie i tylu powalonych drzewach (miejscowi twierdza ze calkiem dobrze mi idzie i nie chca wierzyc ze w PL-u nie uzywalem nigdy takich lodzi... ale co, jak trzeba, to sie czlek wszytkiego ponoc moze nauczyc)
jakies 10 minut zmagania sie z kanalem i jestesmy... przed nami ogromna, gladka jak lusto, parujaca tafla jeziora;woda czysta jak krysztal, piekny wschod slonca przebijajacy sie przez mgle... (ale chyba tylko ja to zauwazylem ;-) bo inni przyplywaja tu do pracy...)
ale zeby nie bylo za pieknie, jak codziennie przyplatala jakas chmura z niezla ulewa... (no juz se porobilem zdjecia... i tak cud ze to jeszcze grzybami nie zaroslo - znaczy sie aparat); tak bo tu leje codziennie... wskaznik opadow jeden z najwyzszych w swiecie...
wiec nic innego jak tylko sie zabrac do roboty, a aparat zostawic na suchsza okazje... godzina grzebania w wodzie - i mozemy wracac...
znowu bedzie co sprzedac i co do gara wlozyc... mamy duzo ryb
tak mniejwiecej zaczyna sie kazdy dzien rybaka w dorzeczu Atrato...
na zdjeciu Totí ktory nam codziennie dostarcza ryby...

bo Murindó to dwie miejscowosci i taka dziwna historia...
kiedy sie to zaczelo... ktorz to wie, bo hiszpanie dotarli na te tereny jakies dwadziescia lat po przybyciu Krzysztofa Kolumba...
bedac tu dotyka sie czegos z realizmu magicznego Marqueza... zostaly z tego tylko betonowe resztki ktore z kazdym dniem nieublagalnie pochlania selva...
i pomyslec ze do polowy lat dziewiecdziesiatych bylo tu niezle prosperujace, zyjace z handlu drewnem, plantacji bananow i hodowli bydla pueblo....
mieszkancy - potomkowie niewolnikow, niby z Chocó - ale o jakby odmiennej mentalnosci... u podnoza dziwnej gory zmaterializowali swoje marzenia; jednak swieta gora indian i selva upomnialy sie o swoje, pierwszy poranek byl ostrzezeniem, wszyscy w strachu i pospiechu odeszli; dwa dni pozniej nie bylo juz czego odbudowywac... i nikt nie chicial wracac... pozostal strach i wspomnienia
trzesienie ziemi o zasiegu zaledwie lokalnym pochlonelo wszystko, domy, plantacje, bydlo... wszyskto zapadlo sie pod ziemie... a reszte zabraly wody niewielkiej rzeki Murindó ktora zmieniajac swoj bieg zabrala to co pozostalo...
mieszkaja teraz zupelnie niedaleko, tez w Murindó... moze pol godziny lodzia, nad rzeka matka - Atrato; marza jednak by wrocic... ale co na to powie gora...
a zagubiona wies... ma teraz nawet zagubionych, chwilowych mieszkancow - los desplasados - to ci, ktorzy uciekaja przed wojna tulajac sie to tu, to tam szukajac spokojnego miejsca by zrealizowac swoje marzenia o pokoju...

wspomnialem kiedys ze tu to tylko po wodzie lub w powietrzu da sie podrozowac...
no i jest to prawda, ale czemu by to sobie zycia nie ulatwic... wykopalismy wiec z magazynu to cos... troche zapomniane, troche ukrywane przed los paramilitares (bo co ladne i uzyteczne to im sie przykleja b. szybko)
maly remoncik i plywa - wielkosc malucha, ale przyspieszenie porsche ;-)
przy tych wymiarach i z takim silnikiem (40koni) to podroz skraca sie nawet wiecej niz o polowe w stosunku do lodzi tradycyjnej...

dieta...
no tak ale coz to slowo ma wsopolnego z ta biedna babilla (to nic innego jak odmiana kajmana w przeciwienstwie do swch wiekszych braci dorasta do 2m), ktora miala pecha zaplatac sie w sieci Totiego;
a no tyle ze jest jednym ze jej skladnikow...
bo tu jada sie to co ofiaruje woda i ziemia: ryby - przeroznych rodzajow i przesmaczne, do tego ryz i platano (taki rodzaj banana)
i tak w kolko... rano, w poludnie i wieczorem - a mowia ze to chinczycy jedza duzo ryzu...


wiec po 4 miesiacach - rzut oka na prawo, na lewo - ale tu zielono
machanie reka... do tego co pozostaje po raz kolejny za mna...
dobry czas, dobrzy ludzie - tylko zeby mowili bardziej starannie po hiszpansku ;-)
czas by sie troche douczyc... bo tu mozna duzo zapomniec, jesli podstawowym zjeciem czlowieka jest lapanie pojedynczych slow...
a o gramatyce mozna tylko pomarzyc...