Virgen del Carmen
W Murindó przygotowania do święta trwały już od dziesięciu dni, przede wszystkim codzienna nowenna do NMP, każdego wieczoru, połącznona ze Mszą Świętą i spotkania przygotowawcze komitetu pafialnego. Na samo święto zaplanowano: Mszę, oraz procesję z figurą Maryi.
Jako że mamy tu przeszło 20 wiosek i wspólnot i dwie z nich też obchodziły święta patronalne w dniu 16 lipca, podzieliliśmy się ze o. Samim. On został w Murindó by celebrować fiestę i uczestniczyć w spotkaniu animatorów z wiosek w Murindó Viejo. Ja natomiast udałem sie z siostrą Aurą, naszym postulantem Alexandrem (który akurat przebywał na wakacjach), oraz naszym współpracownikiem świeckim do wioski Isla de los Rojas.
Wyjechaliśmy z Murindó w piątek po południu, oczywiście nie obyło się bez problemów, bo po zapakowaniu wszystkiego na łódź, (także pomocy żywnościowej dla najuboższych rodzin) okazało się, że motor jest niesprawny (znaczy się chodził jak by chciał a nie mógł...). Więc z miejsca załadunku prowiantu, wróciliśmy do naszego domu, żeby go zmienić, no a że drugi to ma tylko 9,5 a nie 40 koni mechanicznych, wiec i zmieniliśmy łódź na mniejszą, by nasza podroż nie trwała zbyt długo.
Był już niemalże wieczór kiedy w końcu udało sie nam wyruszyć (tu nie można się poruszać po rzekach pomiędzy 18 a 6 ze wzgledów bezpieczeństwa - to coś w rodzaju godziny policyjenj...). Po jakichś 2,5 godzinach podroży dotarliśmy na miejsce, z krótkim przystankiem po drodze, gdyż w jednej ze wspólnot zapowiedzieliśmy się na niedzielą Mszę Świętą, ponieważ tam też obchodzili świeto patronalne.
Na miejscu zastaliśmy ludzi wędrujących z Maryją przez wioskę, którzy byli w trakcie odprawiania nowenny - interesujące jak to sami się tu potrafią zorganizować. Przez 10 dni odprawiali nowennę, różaniec i robili procesję. Oczywiście część (większa część) już 'zażywała' fiesty - znaczy się była w stanie wskazującym i tańcowała na 'ulicach' o ile można użyć takiego słowa do kładek i ścieżek po których sie pourszają (ale oni tak to nazywają), co nie przeszkadzało im zresztą uczestniczyć w procesji i różańcu... no ale co kraj to obyczaj.
Po szybkim rozładunku przyłączyliśmy się do odprawiających nabożeństwo i po jakichś dwóch godzinach czyli ok. 21 spotkanie w kaplicy się skończyło. Muszę tu powiedzieć że rożaniec przybrał tu ciekawą formę, co pięć 'zdrowasiek' ludzie śpiewają pieśni i oczywiście wszystkie zwrotki które istnieją, a jak znają więcej niż zapisano w śpiewniku to i więcej, poza tym czasami powtarzają po kilka razy... tak że różaniec trwa dosyć długo, ale ludzie to lubią. No i co mi sie bardzo spodobało to pieśni, można by powiedzieć 'żałobne', które się też śpiewa podczas czuwania przy zmarłym: ALABAO - no melodie 'nieziemskie' - musze to kiedyś nagrać (jak na razie nie mam na co, ale jestem w trakcie załatwiania ;-).
Na końcu spotkania modlitewnego ustalili co chcą robić w dniu fiesty i się rozeszliśmy na spoczynek... oczywiście tylko my i też po niekrótkich konwersacjach z 'tubylcami' bo oni oczywiście rozpoczęli już fiestę... jak się przebudziłem ok 5 nad ranem, to muzyka ciągle płynęła z wielkich głośników na cały regulator... więc bawili się aż do świtu.
Rano, znaczy się po śniadaniu - naszym i ich też, bo my jedliśmy u nich, to co nam przygotowali, czyli ryba i banany gotowane (ale takie troche inne i musze się przyznać że jest to jedyna potrawa za którą nie przepadam - no ale przecież trzeba życ... więc oczywiście ze 'smakiem' pochłonąłem wszystko - i wszystkie posiłki były podobne, więc trzy razy dziennie to samo, czasami tylko urozmaicają to ryżem). O godzinie 10 - czyli gdzieś w okolicy 11 rozpoczęliśmy uroczystą Mszę odpustową (w której uczestniczyło jakieś 80-90 osób czyli prawie wszyscy mieszkańcy), śpiewy, dużo komentarzy takich na żywca, od serca wypowiadanych przez osoby mi towarzyszące - by wyjasnić co się akurat dzieje i pomóc lepiej przeżywać Eucharystkę... Mi w udziale przypadło przepowiadanie, do którego się przygotowywałem już kilka dni wcześniej (no bo to jeszcze ciężko tak z marszu, problemy językowe dają znać o sobie, a przecież jak zabraknie słowa to gdzie go szukać, na suficie raczej nie pisze nic... więc uczyniłem wcześniej sumienne przygotowania). Było więc o proroku Eliaszu, od którego całe zamieszanie na górze Carmel się zaczęło, o tym że i Bóg miał Matkę z krwi i kości, o czym pisze Paweł i oczywiście o weselu w Kanie - czyli o fieście w wydaniu ewangelicznym. Ale najważniejsze to chyba to, że możemy do Niej przychodzić z wszystkimi naszymi prośbami, smutkami, ale i rodościami...
Po Mszy wyruszyliśmy w procesji przez wieś, co kilkanaście metrów przystając by zaśpiewać coś, zarecytować, zatańczyć - i wszystko to spontanicznie... ciekawe wrażenie to robi, jeśli człowiek jest przyzwyczajony do polskiego modelu procesji, takich do konca zaplanowanych... Procesja trwała jakieś 1,5 godziny - zważywszy na wielkość wioski, którą można przewędrować przez mniej niż 10 minut - to czas mieliśmy niezły, no ale tu nikt się czasem za bardzo nie przejmuje...
Po południu, odbył się obowiązkowy mecz piłki nożnej z inną wioską.
Niestety spotkanie zakończyło się przed czasem i goście udali się pospiesznie do domu by nie wywołać wiekszej burdy niż tylko na boisku... O mało co, nie doszło do rękoczynów - miejscowi przegrywali więc i atmosfera się za bardzo chyba pogdrzała ;-). Ale widać, że Maryja czuwała...
Po nieudanym meczu (to tak specjalnie żeby nie było kolizji, bo nikt by raczej nie przyszedł) siostra miała jeszcze przygotowanie z dzieciakami do pierwszej komunii świetej.
Wieczorem zorganizowano znowu coś na postać czuwania przy Maryi i ci którzy byli w stanie - uczestniczyli czynnie, głównie śpiewając pieśni, przygrywała też chirimia (czyt. - czirimia - muzyka typiczna z tego regionu - wymiatają naprawde nieźle). I na tym zakończyły się religijne obchody święta, dalej trwały rozmowy w pewnym oddaleniu od ryczących głośników i spoczynek; miejscowi kontynuowali zabawę tańcząc po raz kolejny do samego rana.
Niedziela to powrót do Murindó (zaplanowany na 8 - czyli wyjechaliśmy ok 9:30) z przystanikiem w Bella Luz gdzie też obchodzili święto patronalne. Tam oczywiście Msza Święta z podobnym przebiegiem - bo ta sama Patronka i procesja. Z trochę mniejszą frekwencją, bo i wioska mniejsza i do tego ludzie zmęczeni po długim fiestowaniu poprzedniej nocy...
Powrót drogą trochę okrężną, przecież musze zapoznać się z okolicą. Więc zajrzeliśmy nad jezioro el Tigre, noooo tam to woda czysta a nie jak w Atrato, gdzie zanużenie dla przeciętnego niemieszkańca tego regionu grozi trwałą utratą zdrowia ;-)... Aj... i jakie widoki piękne, niestety byliśmy obładowani i czas nas gonił więc nie skorzystaliśmy z dobrodziejstw czystej i chłodnej wody... A do tego raczej gonił nas głód wiec popędziliśmy czym prędzej do chałupy...
No to może na tyle... z pozdrowieniami z Chocó.