Tiempo de NAVIDAD...
no wiec jak to kiedyś gdzieś napisałem... pojechałem do lasu. a co mi tam przecież nie można całe życie w mieście siedzieć. więc może trochę o tym czasie który sie nazywa u nas Świętami Bożego Narodzenia w wydaniu leśnym.... (może niektórzy powiedzą że to już musztarda po obiedzie, ale ja nie mam zamiaru tu składać nikomu życzeń...)
..........::::::::::..........
by się dostać do tego miejsca, zwanego CHOCO, można użyć dwóch środków lokomocji:
łodzi, albo samolotu...
no nie będę rozpisywał konkursu z pytaniem w jaki sposób ja to zrobiłem, przyznam się od razu, że wybrałem mniej ekonomiczny sposób czyli drogę powietrzną, bo przecież to tygryski lubią najbardziej (chociaż gdyby tak wszystko na tej wodzie pozliczać to pewnie by i to samo wyszło + dwa dni drogi).
z Medellin to ok 40 minut niewielką - 6-osobową cesna...
|
no jak mnie nastraszyli, to pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po wylądowaniu, to przyklejenie się do mojego plecaka (pomijam fakt że mieliśmy za dużo bagażu - bo na dwóch to można coś koło 20kg, a ja sam miałem 17 ale razem to było przeszło 50... więc to nie ja jestem najlepszy...>); bo ponoć mieli tu wszystko ukraść.. ojo... no i się udało, bo nawet odganiałem tych co chcieli pomóc - przynajmniej na takich wyglądali, albo się deklarowali że takowymi są
no nasza chałupa nawet po kilku dniach zaczęła mi się podobać, i nie przeszkadzało mi nawet to że praktycznie wszystko się tam ruszało od jakichś szkaradztw na małych krzywych nóżkach ;-) (no i tu się przekonałem jaki komfort daje moskitiera - wszystko bzyka, szumi, łazi... a ty masz to w głębokim poważaniu, bo jest między tobą a resztą świata cieniutka biała siatka...).
chociaż jak tak się później tym szkaradztwom przyglądałem (no bo jak nie ma czego innego do roboty to coś trzeba robić...) to nawet kierowały się te hordy jakimś zamierzonym porządkiem... tu autostrada mrówek, tam tunel termitów, nad tym wszystkim jakieś pająki no i mnóóóóóstwo krwiopijczych moskitów.... no i na dodatek wszelkie jaszczurki które miały to zjadać zostały przepędzone (zjedzone) przez kota niedorajdę... który miał ponoć łapać szczury... no ja tylko raz widziałem jak to zrobił, innych to wprawiło w podziw, bo to był ponoć jego pierwszy raz... nie chwaląc się, że zrobił to przy mojej wydatnej pomocy, bo trudno nie złapać czegoś co spada ci przed nos... i czeka na pożarcie... no ale ostrzegałem, prosiłem żeby mi nie przeszkadzać w nocy...
|
tak.. to o czym ja miałem mówić.. ojo.. ciekawe kto to wytrzyma do końca... nooo ale niech nikt się nie czuje przymuszony ;-)
..........::::::::::..........
wiocha jak wiocha - właściwie miasteczko bo ponad 4tyś mieszkańców, dróg nie ma no bo i po co, kładki do łażenia, bo wody wokoło pełno: na górze, na dole i z boków... no i oczywiście lotnisko. (nazwy nie będę pisał bo błędów narobię, zresztą i tak ciężko to przeczytać - a jak ktoś bardzo chce to sam zapyta. a zresztą co mi tam, się zwie Vigía del Fuerte)
na tydzień przed świętami większość ekipy (w owym czasie 5-osobowej) udała się na objazd. no ja się przyłączyłem do Pawła - Słowaka który pracuje już tam kilka ładnych lat i udaliśmy się do Buchado - wioska w której buduje kaplice i jest to także miejsce wypadowe na okoliczne wioski....
oczywiście podróż przy pomocy łodzi... z silnikiem na szczęście ;-)
no tak, a tam to jeszcze spokojniejsze ludziska życie wiodą... (nic nie robić, nie mieć zmartwień.... ojo już to gdzieś słyszałem). no nie żebym tu ich chciał obgadywać, ale ulubione ich zajęcie to nie robienie niczego, a sport narodowy to wyciąganie wszystkiego od napotkanych ludzi... no tak, bo to mu się podoba, tamto mu się podoba - czemu by mu tego nie ofiarować... przecież dla białego to żaden problem... se kupi nowe...
jak już wspomniałem, z Buchado dojeżdża się (dopływa znaczy) do innych wiosek. my akurat nawiedziliśmy trzy, odprawiając w nich Msze Bożonarodzeniowe (znaczy się Paweł odprawiał...) no i nawet nikomu nie przeszkadzało, że było to kilka dni wcześniej no bo przecież jak ksiądz przyjeżdża z 5 razy w roku to jak się pomyli o kilka dni to przecież nawet nikt nie zauważy... ;-)
|
oczywiście wszędzie trwały przygotowania do Świąt w postaci odprawianej nowenny, przygotowywaniu PESEBRE (szopki znaczy się), no czasami trzeba było tylko motywować ludek.. ale nie było generalnie większych problemów
..........::::::::::..........
sam dzień wigilijny, spędziliśmy w Buchado, przede wszystkim na szukaniu kawy :-) (złote usta dla Pawła za tekst roku 'vamos a buscar cafe' - znaczy może nie za sam tekst ale częstotliwość jego używania...) i rozmyślaniu o której by tu zrobić pasterkę... bo to też nie wiadomo co ludzie sobie wymyśla i zażyczą... no w końcu o 8 wieczorem ustalili... i się zaczęło pewno z godzinę później - ale przecież tu nikt nie liczy czasu... no trochę uroczyściej było niż zwykle, młodzież przygotowała inscenizację Ewangelii, zorganizowali chirimie (zespól znaczy) i wszyscy pięknie śpiewali.. no mają wygar jak się tak zbiorą razem, to trzeba im przyznać...
no i wszystko się udało pięknie, pomijając takie szczegóły, jak imprezy w sąsiedztwie które zagłuszały tych co próbowali coś powiedzieć... ale końcem końców wszyscy byli zadowoleni, bo jak to ja rzekłem do Pawła po pasterce:
NO TO SIĘ BOG NARODZIŁ W MIEJSCU ZAPOMNIANYM PRZEZ BOGA....
i co ciekawe, przyznał mi rację...
..........::::::::::..........
to może i słów kilka o wigilii tutejszej... no więc nie ma tu takiego zwyczaju... i była zwykła kolacja (oczywiście w znaczeniu miejscowym), czyli banany smażone i jakieś mięso z puszki (jak by nie było prościej złowić jakiejś dobrej ryby... no tak do rzeki to aż ze 20 metrów z kuchni mieli.., a zresztą jak są Święta to po co robić).
ale.... hehe oczywiście, miałem coś w zanadrzu, no bo jak by nie... oczywiście barszcz knorra... no to się zdziwili jakeśmy sobie zażyczyli gorącej wody.... hmmm... pycha było i aż się świątecznie zrobiło... ;-)
|
w Buchado to,
ludzie nawet światło maja,
od zmierzchu do jakiejś 22:30, oczywiście jak jest paliwo
i się nic nie zepsuje... tak.. ale w nszym domu, o ile tak to można nazwać.... nie ma, bo po remoncie, nie podłączyli... (zresztą nawet nie widać że tam był remont...). tak więc świeczki, latarki itp...
a wogóle to pierwszą noc spałem w kaplicy (tia... a kiedyś mi się z takich tekstów chciało śmiać...), koło domku SZEFA (no w sumie to Go tam nie było, ale spało się dobrze...), następnego dnia to habazie (w których niby miały pająki, żmije i inne szkaradztwo siedzieć) z zaplecza posprzątali i już miałem własny kąt, a za łóżko robiła mi płyta pilśniowa i kawałek materaca...
chociaż myślą to wracałem wciąż do tego pierwszego miejsca, bo na zapleczu to koło mojej głowy szczury miały ścieżkę,(no i grasował pająk - dosyć duży nawet jak na te warunki..) no a jak mi coś tupie koło ucha przez większą część nocy, to nawet ja raczej słabo się wysypiam...
..........::::::::::..........
jeszcze wspomnieć chciałem, że ludek tamtejszy to się bawić potrafi. jak zaczęli 24.12 rano, to skończyli 27 (znaczy 28 rano). czyli wystawiają szafy, bo tego kolumnami nazwać się nie da - nie dlatego że jakieś żęchy, ale dlatego że takie duże, i słuchają, tańczą, grają w kości, karty, piją servese, aguardiente i co tylko się da.... jak tylko się 'zmęczą' to odpoczynek i od nowa... i rzecz jasna prąd jest wtedy przez cały czas (nawet lampy się w dzień świeca na ulicach - kładkach znaczy się...)
a jedna z takich szaf, to stała koło naszej chatki, bo zorganizowali sobie tam bar i sklep... więc wrażenia lepsze niż z poligonu w Biedrusku... (ci co byli w nowicjacie w Chludowie to wiedzą..)
|
w pierwszy dzień Świąt był powrót do misji głównej i jak się już zebrali, wyszorowali, przespali trochę w ludzkich warunkach, przyszedł czas na świętowanie.
kolacja prawie że wigilijna, bo to nawet pomimo tego że światło tam było to i świeczki na stole się znalazły... ale poza tym standard - banany, ryż, ryby (po pobycie w Choco to już mi ryby gdzie indziej nie bardzo smakują... ;-)
na świętowanie zaproszeni byli goście, czyli nasi świeccy współpracownicy, którzy także z nami byli na objeździe.
..........::::::::::..........
święta święta i po świętach... jak to mówią u mnie w domu rodzinnym ;-)
i co dalej, no nic więcej jak tylko oczekiwanie na sylwestra i na nowy rok... i znowu od samego rana hałas - bo wyciągnęli swoje szafy, i tak przez dwa dni na okrągło...
i jak by prąd był dłużej, to i zabawa by trwała dłużej... dobrze że mi to nie przeszkadza w spaniu...
bo tu nie ma tak dobrze... oni sobie, a my sobie... tak to już jest...
i 6 stycznia się skończyło... i znowu szok cywilizacyjny - powrót do Medellin (o którym niektórzy mówią - NIEBO - ale o tym to może później... ;-)
zdjecia do tej opowiesci powinny sie pojawic w galerii...
|