Wyprawa do J-J-Rondon (czyt. Hota Hota Rondon)
Tak sobie z chłopakami wymyśliłem, że pojadę do miejsca, gdzie co tydzień dobywają swoje praktyki pastoralne. Jak ja to nazywam 'dzuszpasterstwo personalne' ;-)
No i się wydarzyło... Wyjechaliśmy w sobotę po południu, na niebie niby jasno, niby czarno... co zresztą widać w galerii. Inna przyczyna ciemności może jest i taka, iż aparat nie był powalającej jakości. No nie to, żebym miał coś do wspaniałego aparatu Krzycha, ale no... jak widać na załączonych obrazkach (choć niektóre to starałem się podciągnąć w corelu). No i oczywiście chciałem tu Krzychowi podziękować za udostępnienie...
Na czym to ja skończyłem... acha... że czarno było... ale to nie jest w sumie ważne... więc podróż, bo można to nazwać podróżą trwała jakieś 40 minut do godziny, pędzącym szaleńczo busikiem, naładowanym tak, że mi przypadło stać na jednej piątej stopnia... dobrze że nie na wentylu ;-)... z drugiej strony cieszyło mnie to, bo przynajmniej nie musiałem się garbić, bo za wysoko to tam w środku nie było...
I się wspiął (o busie mówię), bo tak na oko to jakieś, hm... ze 300-400m wyżej niż mieszkamy, więc miał co robić. No a tu krajobraz już zupełnie inny niż na dole. Ludzie mieszkają w zupełnie innych warunkach, o ile to można nazwać warunkami. Teren niesamowicie trudny, o dużym nachyleniu, nie wyobrażam sobie co tu się musi dziać, kiedy porządnie zacznie padać. Domek w którym nocowaliśmy nie różnił się niczym od innych, może było trochę czyściej (ups...), no i pusto, bo to chałupka użyczana przez siostry zamieszkujące i pracujące na terenie dzielnicy.
|
I dziura w dachu była, tylko szkoda że chmury całą noc zasłaniały niebo ;-). No ale se wyr tak ustawiłem, że jakby padało, to obok, a jak by było ładnie to bym widział co tam świeci, he he...
Ludzie niesamowicie radośni tu mieszkają, żyją naprawdę skromnie, ale ogromnie radośnie. Dzielą się tym co mają, swoją biedą, niedostatkiem i dobrym sercem, które zasłania wszystkie inne niedobory... i po chwili człowiek nawet nie widzi tej biedy. No to może na tyle...
A to jeszcze pokrótce napisze co się tam działo... w sobotę odwiedziliśmy siostry, przełożona oprowadziła mnie po domu.. no i nawet zrozumiałem co do mnie mówiła, a tak się bała że się nie dogada... może to nie było dogadywanie, ale monolog częściowo zrozumiany przez drugą stronę... (czyli mnie), przygotowanie do mszy niedzielnej, spotkanie biblijne w jednym z domów, odwiedziny w innym, no i o g. 10 spanie... (no tak szybko to ja dawno nie szedłem spać). A w nocy to nawet zimno nie było, a wszyscy mi się pytali w sobotę czy nie zimno... no tyle to już rozumiałem. No więc jak im powiedziałem jak ciepło jest w Polsce w tym czasie, i jakie temperatury są zimą, to już nie było więcej takich pytań (dodałem do tego że widziałem dwa metry śniegu). No zrobili oczy bo tu to poniżej zera chyba nigdy nie było ;-).
A w niedziele, dwie Msze, w tym jedna z dziećmi. Podczas niej dosyć duża grupa, można byto nazwać 'została mianowana' misjonarzami... no tyle zrozumiałem.. były tańce, radocha, śpiewy, oklaski, co zresztą można zobaczyć.... no to może na tyle...
 |
* T R O C H Ę G A L E R I I... *
|