Ś W I A T   w e d ł u g   G R A C Z A  -  'CLUB COLOMBIA'

to może troche na wesoło i zadziwiająco ;-).... bo to tu i czasem tak bywa...

ciekawość dzieciaków nie zna granic....

Wyciągnął mnie pewnego razu (jeszcze w Garces Navas) z pokoju jakiś hałas, jak się okazało, był to przemarsz orkiestry szkolnej...
No ciekawe, jest tu taki zwyczaj, że każda szkoła ma coś grającego. Od czasu do czasu robią przemarsze, zatrzymują na ten czas wszelki ruch, idą i grają, ubrani w jakieś swoje charakterystyczne stroje.
Kiedy żeśmy z Krzychem obserwowali tę całą paradę, oczywiście wylazły też dzieciaki które lepiły coś tam w naszym domu. No i oblazły nas dookoła, i jeden taki zwraca się do Krzycha ze stwierdzeniem, że język w którym rozmawiamy to musi być hebrajski... No i pyta czy ja znam hiszpański, na to Krzychu, że znam ale zdecydowanie wole gadać po hebrajsku... ;-))

zawsze jak się spotka szkaraba to jest radość...

;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-)

No to się zdziwiłem... całą noc ścigało mnie znajome bzyczenie. Tak, trudno to sobie wyobrazić, ale na takiej wysokości (ok. 2600mnpm) są komary. No to już przegięcie, tak sobie myślę że to jakaś specjalna wersja, no ale na szczęście większość występujących tu to komary (wg. Krzycha) a nie komarzyce, więc tylko bzykają a nie gryzą, uff...

;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-)

W niedziele na obiad wychodzi się akurat w tym domu (Garces Navas) na zewnątrz. Poszliśmy na kurczaki pieczone, no i... UWAGA!!!!... Wszystko ładnie pęknie podane (najlepiej jak to tylko możliwe w 'przydrożnym' barze), pycha, mniam mniam, tylko sztućców brak... No to Krzychu gada do kobity, ja pytam go czy to o sztućce chodziło, a on że sztućce albo rękawiczki. No to ja się uśmiałem i czekamy dalej, a tu naprawdę dziewczyna przyniosła rękawiczki. Takie zupełnie jak w Polsce na stacjach paliw, co by się przy dystrybutorze nie pobrudzić. No to miałem ubaw. Nie tylko że obiad był pycha to jeszcze cyrk za darmo...

sama radość - więc nie będę tu zamieszczał zdjęcia Krzycha w rękawiczkach....

MOTORYZACJA...
I tak np. niewyobrażalne jest dal mieszkańca kraju nad Wisłą ucieszyć się na widok starego dobrego poloneza (i to nie wersji 'caro' - choć i taką napotkałem). A najzabawniejsze było to, że na miejscu gdzie znajduje się piękna nazwa tego autka widniał napis HOLLYWOOD. No że tak powiem, zapiera dech w piersiach taki widok ;-)
   Tudzież wiele radości sprawia np. ujrzenie jeszcze innego wspaniałego wynalazku polskiej motoryzacji (choć to było chyba licencjonowane...), a mianowicie fiata 125p. No wspaniałe, a najbardziej to mi się podobały alufelgi na których się poruszał, oj...
   Inną ciekawostką motoryzacyjną, wypatrzoną wśród ok. 5 milionów aut w Bogocie, była kwadratowa, że tak określę modl, Łada przerobiona na wysokie podwozie, coś a'la terenówka, oczywiście także na lśniących alufelgach i okraszona innymi fantastycznymi ozdobnikami, których konstruktorzy tegoż wynalazku nie ośmielili by się na nim osadzić.

;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-)

TLEKOMUNIKACJA
To że mieszkam obecnie w państwie policyjnym to zauważyłem zaraz po przyjeździe, ale sposoby, czy też próby kontroli różnych dziedzin życia czasami zaskakują. Pominę już nawet takie fakty jak sprawa wyciągania z autobusu, stawiania pod lufą i przeszukiwania - co zdarzyło się ostatnio chłopakom z teologii kiedy jechali no swoje cotygodniowe praktyki pastoralne na południe miasta do jednej z biedniejszych dzielnic (tu podział miasta jest typowy: bogata północ i ubogie południe). No więc wracając do tematu, się dowiedziałem, że człowiek rozmawiający przez komórkę w miejscu publicznym, może zostać zatrzymany do kontroli i poproszony o ... UWAGA!!!... dowód rejestracyjny tel.... chociaż może i właściciela... coś w rodzaju dowodu 'rejestracyjengo' posiadanego aparatu... no się ubawiłem. Wygląda ów papier zupełnie ciekawie: ładnie zalaminowany, wielkości naszego polskiego dowodu osobistego, ze zdjęciem - oczywiście właściciela a nie aparatu, umieszczony jest tam nr telefonu , nr seryjny, model i wszystko co można powiedzieć o takim telefonie...
   No to ja już nie chce komórki... i nawet na promocje mnie nie wezmą ;-)... aaaaaa....

   Siedzimy sobie na Monserrate i słyszę dzwonek telefonu komórkowego, no myśle jakiś znajomy dźwięk... zagrał na melodię 'szła dzieweczka do laseczka' - po prostu swojskie klimaty.

   No i co mnie tu cieszy, a niektórzy mieli okazję też odczuć moją radość, to promocje na rozmowy. Zdarzają się takie dwugodzinne przeważnie - polega to na tym, że za rozmowę w tym czasie płaci się tyle, co zwyczajnie za minutę... niezależnie od tego gdzie i na jaki tel. się dzwoni...
no i jak ktoś nagle usłyszy tel. w godzinach 2-4 rano... to proszę odbierać (nie żebym się tu czepiał Maxxa ;-) bo prawdopodobnie to z tej części świata... bo promocje są w godzinach 8-10 czasu miejscowego...

No i znowu zabawna sytuacja się wydarzyła. Siedzimy sobie na lekcji, w tle leci muzyka, po raz pierwszy - bo tak zawsze cicho było, no i nagle Clara (znacz moja nauczycielka) mówi BAMBUKO. No że co niby... no że to co leci to się nazywa BAMBUKO... No to oczywiście wywołało moją zrozumiałą w tym momencie reakcje... Po prostu ryknąłem śmiechem. Bo mi się bambuko kojarzy tylko z 'robieniem kogoś w bambuko'...
No i jak tu kobicie wytłumaczyć zwrot 'robić kogoś w bambuko', no to się napracowałem... stwierdziła że mi wyszło, i się też ucieszyła... hm... takie tam... pewno jeszcze nie raz się zdarzy coś podobnego i nieraz usłyszę BAMBUKO w radiu...

;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-)

* G A L E R Y J K A *

Rozmiar: 25987 bajtów a ci to się cieszą chib z tego że coraz cieplej... no bo się święta zbliżają... Clara - moja nauczycielka.... i praktyczna, radosna lekcja j. hiszpanskiego... Elizabet kucharka w domu centralnym - i radość z gotowania.... nie wiem dlaczego ale kojarzy mi się zawsze z Madziarą... bez komentarza.... a to dowód ile radości może wnieść w życie człowieka będącego daleko od kraju najzwyklejszy bigos.... przeciekawy ten świat..... ;-) to coś jakby dzień dziecka... w hellowin...
powrót CLUB COLOMBIA NEXT