Ś W I A T   w e d ł u g   G R A C Z A  -  'CLUB COLOMBIA'

  Juz tu trochę siedzę, niby się uzbierało dużo różności, i dużo by było do nadrobienia, ale jak tak człek ma coś złożyć to już gorzej... hehe... no ale...
 to może pokrótce co by nie zanudzać (ciekawe kto to wytrzyma):
  -przyjechałem 22 września, więc minęło już dwa miesiące
  -ale wracając, to żeby nie było za dobrze w ostatnim dniu w Polsce - namierzyli mnie chłopcy radarowcy... ale skończyło się na symbolach jak im opowiedziałem historię mojego życia :-) żartowałem... słowo Kolumbia (bo tak wtedy jeszcze to wymawiałem) i jego otoczka pomogła...
Rozmiar: 15207 bajtów   -ale i tak brawa dla włocławskiej policji... to drugi raz w tym roku zadarli z naszą firmą - za pierwszym razem namierzyli Gjenka - mojego kursowego (dla znających Gjenka)
   No tak, i skończyło się rumakowanie... i do samolotu..
  -nieznaczne zagajenie, i to tym razem nie z mojej strony, hehe... naprawdę, i już było milej przy wszelkich odprawach, wsiadaniach do samolotu AF w Wawie i przesiadce w Paryżu... znaczy się - spotkałem niejaką bratnią duszyczkę - Aneta - do Chicago leciała...
  -oczywiście ŻUBRA upolowałem w Paryżu, no bo co by powiedzieli w Bogocie gdyby nie...

# # # # # # # # # # # # # # # #

  Bogota powitała skałami wokół miasta i chmurami nad nim (więcej nie widziałem, bo w środku a nie przy oknie siedziałem). Po przeprawie paszportowej i celnej (no małe problemy z deklaracją, ale tylko moje, bo pani się uśmiechnęła i tylko próbowała przeczytać moje nazwisko i dość słabo jej to szło ;-) ) bo początkowo nie wiedziałem nawet że o nazwisko jej chodziło...
 -no i tak sobie idąc dalej słyszę walenie w szybe... i no niby dlaczego by to nie miało być na mnie... no tak... bo jak nie jak tak...
 -prowincjał i Krzychu czekali na mnie, no miłe to było (nawet dostałem plan miasta od prowincjała, ciekawe czy dalej będzie taki hojny ;-))

  Tak, nasza czekoladowa parafia (Garces Navas), starsi panowie grający w kulki oraz towarzyszący im pies... (no to był naprawdę wielki pies) to będzie chyba pierwszy widok jaki będzie mi się kojarzył z Kolumbią. Garces Navas: parafia ładna inaczej... bo miałem nie pisać że to najbrzydszy kościół jaki widziałem...
  Niesamowite to było, takie jak by to powiedzieć swojskie klimaty. Uliczki ze sklepikami, przesiadujący przed nimi ludzie, czekający na nic. Jakby wyjęci prosto ze świata realizmu magicznego w wydaniu Marqueza. Ogromne kontrasty nowoczesności, biedy i pewnego rodzaju folkloru, przynajmniej dla europejczyka.
  Zmianę czasową poczułem już tej nocy, wyglądało to tak: obudziłem się gdy było jeszcze ciemno (a tu jest ciemno od 6 do 6 przez cały rok), no to sobie myślę przecież trzeba spać dalej.. no i zamykam oczy a tam nic... o niieee... ale przecież nie ma sytuacji w której nie potrafił bym zasnąć więc druga próba przyniosła pełne powodzenie i po jakichś pewno 20 s. kontynuowałem chrapanie... (uratował mnie rozregulowany tyrb życia...)to nie jest brama więzienna, tylko przemiłe wejście do naszej parafii...
  ...pobudka, to szczekanie psów oraz warkot i trąbienie aut.. tu znowu skojarzenie pierwsze jakie miałem to oczywiście film (amores perros - polecam wszystkim którzy go nie widzieli...) z klimatem latynoskim.. no jednak niektóre z nich dobrze oddawały to co się tu naprawdę dzieje.
  Pozwiedzaliśmy z Krzychem trochę miasto. Albo inaczej - uczył mnie jak się po nim poruszać.'popas' wściekłych busików - one tylko tak niewinnie wyglądają... Bo nie jest to jak mówią niektórzy 'bułka z masłem'. Autobusy to wolna amerykanka, chociaż widać prace nad uporządkowaniem tego i można powiedzieć że idzie im to nieźle i jak skończą to będzie po prostu raj komunikacyjny. Ale realia są na razie inne, tak że jak zacznę od poniedziałku jeździć do pani na język to będzie dopiero śmiesznie, bo to po drugiej stronie miasta...
  Mój anioł stróż, ten widzialny czyli Krzychu, przejechał kawał miasta ze mną, pokazał co trzeba, pozałatwiał papiery meldunkowe (obfotografowali, pobrali odciski na tysiące sposobów - ciekawe po co), co ważne pokazał ambasadę z orłem 'na piersi'.z orłem na piersi... chyba nas lubią... -teklama przydrożna...
Tam zasięgnąłem języka i już wiem że ludziska tu latają na paralotni w okolicach Bogoty ;-)...
  Zapoznałem się z domem centralnym, no i wjechaliśmy kolejką linową na taką fajną górkę MONSERRATE z której są nieziemskie widoki na miasto... oj to było dopiero piękne i zatykało dech w piersiach (ale tym razem od wysokości ;-) )...rzut oka na centrum z Monserrate
Najstarsza część miasta z zabudową kolonialną jest niesamowita, aj szkoda gadać bo i tak się tego nie da opowiedzieć, trzeba zobaczyć ;-).

no i jeszcze może parę zdjęć... może nie najwyższej jakości... ale kto powiedział że zdjęcia muszą być wyraźne i piękne... przecież mogą być piękne inaczej ;-)

katedra w centrum Bogoty - w tle Monserrate... Garces Navas: no ale za tą bramą to wcale nie jest tak źle... przynajmniej w ogrodzie...;-) stacja kolejki naziemnej na Monserrate... Krzychu... no stoi sobie taki pod górą Monserrate i mysli... zabudowa kolonialna Bogoty...
powrot do 'CLUB COLOMBIA'